Reklama

Dywizjon 303 ma swoje muzeum

2018-04-16 18:42

Anna Przewoźnik

Michał Janik

Niezwykłe spotkanie z historią i lotnictwem miało miejsce w Napoleonie w gminie Lipie, powiecie kłobuckim. Tam bowiem powstało Muzeum 303 im. ppłk. pil. Jana Zumbacha.

Oficjalne otwarcie muzeum jest przewidziane 1 września br., ale już 15 kwietnia mieszkańcy okolicznych miejscowości, powiatów mieli okazje zobaczyć ekspozycje muzealną. Wszystko za sprawą otwartego dnia, zorganizowanego z racji rocznicy urodzin patrona muzeum.

Muzeum poświęcone jest polskim pilotom, którzy brali udział w Bitwie o Anglię. Ekspozycję podzielono na część - otwartą, którą stanowią zabytkowe samoloty, oraz zamkniętą, gdzie zgromadzono liczne pamiątki z okresu II wojny światowej, głównie ekwipunek pilotów Dywizjonu 303, ale także z innych dywizjonów polskich.

Reklama

Pomysłodawcą i założycielem Muzeum 303 jest prywatny kolekcjoner i pasjonat lotnictwa - Tomasz Kajkowski, który wyraził wielkie zadowolenie z licznej obecności zwiedzających muzeum.

- Te skromne progi mojego muzeum dedykuje lotnikom, którzy wielokrotnie pokazali i oddali życie, po to, by żyć w wolnym kraju. To muzeum wciąż się tworzy, jesteśmy w fazie organizacji, tak naprawdę wiele rzeczy jest jeszcze do zrobienia, myślę, że uda nam się to osiągnąć, pomimo, że to bardzo trudny proces, złożony i kosztowny. Udaje nam się iść do przodu – zaznaczył założyciel muzeum.

Podczas otwartego dnia muzeum można było spotkać grupy rekonstrukcyjne, zobaczyć samoloty, zabytkowe samochody, a także rekwizyty z powstającego filmu "Dywizjon 303". Jednym z gości muzeum był aktor Paweł Deląg - miłośnik polskiego lotnictwa.

Zobacz zdjęcia: Muzeum Dywizjonu 303

- To jest ciekawe doświadczenie, bo jedzie się bardzo długo i nie ma nic, tylko wioski, małe miasteczka. Potem nagle okazuje się, że tutaj gdzieś w lasach, gdzieś na polach jest Muzeum 303. To będzie na pewno lokalna atrakcja i ludzie będą tutaj specjalnie przyjeżdżali. Myślę, że to bardzo ciekawa inicjatywa. Im więcej wokół polskiego lotnictwa wydarzeń, muzeów, filmów, to tym lepiej. Tym bardziej, że mamy się czym pochwalić.

Spotkanie w muzeum poprzedziła Msza święta w kościele pw. św. Piotra i Pawła w Parzymiechach. Eucharystii odprawianej z okazji 100-lecia polskiego lotnictwa, 103 urodzin patrona muzeum ppłk. pil. Jana Zumbacha oraz twórcy muzeum, przewodniczył proboszcz parafii ks. Roman Szkop.

- Myślę, że takie dzieła, które wspierają pamięć i odświeżają tą pamięć historyczną, umożliwiają zetknięcie się z tymi niezwykłymi eksponatami, to dla młodzieży, ale i dla mieszkańców tutaj jest czymś bardzo cennym. Ja oglądając te zbiory, osobiście jestem pod wrażeniem zdobycia munduru bojowego Cichociemnych, było ich niewielu, a tutaj jest oryginalny mundur, to świadczy o randze eksponatów - zauważył ksiądz proboszcz.

Muzeum szczególnie należy polecić młodzieży szkolnej. Tym bardziej, że jest już udostępniona wystawa stała dla szkół i grup zorganizowanych.

Tagi:
lotnictwo

Dziękuję Bogu za życie

2018-10-03 08:01

Z kapitanem Jerzym Makulą rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 20-22

Jerzy Makula jest jednym z najlepszych pilotów w historii polskiego lotnictwa.
To siedmiokrotny indywidualny mistrz świata w akrobacji szybowcowej, czterokrotny srebrny medalista w tej kategorii i ośmiokrotny drużynowy mistrz świata. Przez 38 lat był pilotem samolotów pasażerskich w PLL LOT. Obecnie jest prezesem Aeroklubu Polskiego. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o miłości do latania, drodze do sukcesów, najtrudniejszych chwilach podczas lotów i o tym, co jest najważniejsze w życiu

Vatican Media
W 2016 r. papież Franciszek podróżował Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. Kapitan Jerzy Makula pilotował samolot z tym wyjątkowym pasażerem na pokładzie. Na pamiątkę Ojciec Święty otrzymał model samolotu

Krzysztof Tadej: – Bał się Pan kiedyś, gdy pilotował samolot?

Jerzy Makula: – Będąc odpowiedzialny za pasażerów i załogę, nieraz czułem respekt. Ale to nie był strach. Pilot nie powinien się bać. To może paraliżować i skutkować niepodejmowaniem decyzji.

– Pod koniec 1982 r. miał Pan lecieć z Wrocławia do Warszawy. Wydawało się, że będzie to krótki, normalny lot. Jednak wydarzyło się coś niespodziewanego.

– A tak! Wtedy akurat byłem zdenerwowany, i to nawet bardzo. Lot był rzeczywiście nietypowy. Porwano samolot.

– Kto był porywaczem?

– Jeden z ochroniarzy. W tamtym okresie zdarzało się sporo porwań. Ludzie byli niezadowoleni z ówczesnego reżimu, niektórzy nie mogli wyjeżdżać z Polski i decydowali się na taki desperacki krok. Dlatego latali z nami ochroniarze. W naszym rejsie było ich dwóch. Pierwszy z przodu, między kabiną pasażerską a kokpitem, a drugi z tyłu samolotu. I właśnie ten pierwszy postanowił porwać samolot. Krótko po starcie wszedł do kokpitu z granatem. Widzieliśmy, że w każdej chwili może go odbezpieczyć.

– Jak Pan zareagował?

– Byłem w tym rejsie pierwszym oficerem. Z lewej strony siedział kapitan, a między nami mechanik pokładowy. Odwróciłem się w kierunku porywacza i zauważyłem, że oprócz granatu ma rewolwer. I to prawdziwego colta! Zażartowałem, czy może mi go dać potrzymać, bo nie byłem w wojsku i chciałbym zobaczyć, jak wygląda rewolwer. Bardzo się zdenerwował. Zobaczyłem zacietrzewienie i zmieniające się kolory na jego twarzy. Zażądał lotu do Berlina Zachodniego. Zakazał korzystania z urządzeń łączności. Wycelował w nas broń i zorientowaliśmy się, że żarty się skończyły.

– Poinformował Pan kontrolerów o tym, co się dzieje?

– Nie zdążyłem. Ale oni i tak szybko się zorientowali, co się stało. Po starcie powinniśmy lecieć w kierunku Trzebnicy, a następnie zmienić kurs na Warszawę. Zobaczyli, że polecieliśmy w inną stronę. Później, gdy analizowaliśmy lot, zastanawialiśmy się, czy mogliśmy postąpić inaczej. Gdyby np. pojawiły się chmury, to można byłoby coś wymyślić, żeby wprowadzić w błąd porywacza. Przy złej pogodzie nie zobaczy przecież ziemi, nie ma punktu odniesienia i nie zorientuje się, w jakim kierunku lecimy. Ale nic takiego nie można było zrobić. Była piękna, słoneczna pogoda. Lot trwał ok. 20 minut, bo odległość między Wrocławiem a Berlinem jest niewielka.

– Po kilku minutach nastąpiła kolejna stresująca sytuacja.

– Pojawiły się wojskowe samoloty. Zachowywały się bardzo agresywnie. Podlatywały bardzo blisko. Między pilotami mamy umówione znaki, dzięki którym można się porozumiewać bez słów, np. znak „Leć za mną”. Gdy pojawił się jeden myśliwiec, a potem drugi, to piloci dawali takie znaki. Zgodnie z żądaniem porywacza nie reagowaliśmy. To były bardzo stresujące chwile. Wiedzieliśmy, że piloci mogą dostać rozkaz zestrzelenia naszego samolotu. Dlatego jak nadlatywały myśliwce, to maksymalnie zwalnialiśmy prędkość, żeby szybko nas minęły, a po chwili lecieliśmy zdecydowanie szybciej. Takimi skokami pokonywaliśmy przestrzeń. Gdy wlecieliśmy na teren NRD, tam też pojawiły się wojskowe samoloty. Ale już widzieliśmy Berlin i stało się jasne, że zestrzelenie nam nie grozi. Wtedy zaczął się denerwować porywacz.

– Dlaczego?

– Myślał, że go oszukamy i wylądujemy w Berlinie Wschodnim. Musiałem mu wyjaśniać, że za chwilę zobaczy mercedesy, a nie trabanty czy wartburgi. Jak wylądowaliśmy, to wzdłuż drogi kołowania stały ładne karetki i straż pożarna. Agresor nieco się uspokoił. Gdy bardzo wolno kołowaliśmy na końcu pasa, wyskoczył przez otwarte drzwi bagażnika na płytę lotniska. W tym momencie zaczął do niego strzelać drugi ochroniarz.

– Jaki był finał tego porwania?

– Porywacz chciał się znaleźć w RPA i z późniejszych informacji wynikało, że tam trafił. My spędziliśmy wiele czasu na składaniu wyjaśnień. Ale cała sprawa zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał. Pasażerowie zachowywali się bardzo spokojnie, co jest zasługą całej załogi, która spokojnie, rzeczowo, konkretnie przekazywała potrzebne informacje. Tak jak powinno być w każdym locie.

– W odpowiedzi na pytania dotyczące cech pilotów dodaje Pan często jeszcze jedną: należy szybko podejmować decyzje.

– Gdy pilotuje się samolot, nieraz trzeba natychmiast reagować, a nie zastanawiać się, dlaczego wystąpił jakiś problem. Jeśli pilot tego nie zrobi, to skutki mogą być tragiczne. Z taką sytuacją miałem do czynienia już na początku swojej przygody z lotnictwem.

– Podczas startu szybowcem Czapla...

– Startowałem za pomocą wyciągarki. Na małej wysokości, może 20-30 m, kiedy szybowiec wznosi się pod kątem 45 stopni, pękła lina. Gdybym błyskawicznie nie zareagował, to spadłbym na ziemię i skutki mogłyby być opłakane. Skierowałem szybowiec w dół, żeby złapał trochę powietrza i żeby można było nim sterować. Udało mi się wyjść z opresji. Ale reakcja musiała być natychmiastowa. Od tego momentu uwierzyłem w siebie.

– Nieraz mówił Pan: „Moja droga do sukcesów to pokonywanie trudności i problemów”.

– Początki były rzeczywiście ciężkie i szło mi jak po grudzie. Ale każde, nawet drobne niepowodzenie powodowało, że zdobywałem nowe doświadczenia. Gdy instruktorzy byli niezadowoleni albo gdy sam zrobiłem coś nie tak, to starałem się dokładnie to analizować. Te doświadczenia okazały się podstawą sukcesu. Możemy odbyć kilka szkoleń, poznać doskonale teorię i zdać wszystkie potrzebne egzaminy, ale to przecież nie wszystko, żeby być dobrym pilotem. Pierwsze niepowodzenia podczas lotów były dla mnie nauką, jakich błędów nie popełniać w kolejnym locie.

– Niewiele brakowało, żeby został Pan nie pilotem, ale... górnikiem.

– Uczyłem się w technikum górniczym. Pracowałem rok pod ziemią w kopalni „Pniówek”. Zajmowałem się transportem do przodków, czyli miejsc, gdzie wydobywa się węgiel. Cieszę się z tego okresu mojego życia. Wiem, jak ciężko pracują górnicy. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie wiedzą, jaki wielki to jest wysiłek, jak trudne warunki panują pod ziemią. Zjeżdżając na dół, marzyłem jednak o lataniu i o tym, żeby być pilotem.

– Miłość do lotnictwa zaczęła się u Pana już w najmłodszych latach?

– W czwartej lub piątej klasie szkoły podstawowej przeczytałem opowiadanie o szybowcu, który wylądował na polu. Wcześniej nawet nie wiedziałem, co to jest szybowiec. Drugim impulsem były informacje w telewizji, że mój wujek, Edward Makula, w 1963 r. w Argentynie został szybowcowym mistrzem świata. Kiedy miałem 12 lat, sklejałem modele samolotów i marzyłem o lataniu. Chciałem, żeby sklejony model latał najwyżej i najdłużej. Udało mi się wygrać zawody modelarskie. Nagrodą był lot samolotem An-2. Poleciałem z rodzicami. Gdy zobaczyłem ziemię z góry, to ze szczęścia miałem łzy w oczach.

– Przez 38 lat pracował Pan w PLL LOT. Czy poza porwaniem samolotu spotykał się Pan z nietypowymi sytuacjami podczas rejsów?

– Było wiele przyjemnych chwil, np. ślub na pokładzie samolotu, gdy lecieliśmy do Bangkoku. Na pokładzie mieliśmy księdza i urzędnika stanu cywilnego. Ponieważ lot był długi, trwał prawie 10 godzin, ślub stanowił wielką atrakcję dla pasażerów i bardzo sympatycznie reagowali. Ale zdarzały się też trudne sytuacje. Kiedyś lądowałem na lotnisku w Newark, nad którym przechodziła gwałtowana burza. W powietrzu, w każdej minucie, krążyły dziesiątki samolotów i ruch był ogromny. Gdy lądowaliśmy, to burza pojawiła się nad pasem. Na końcówce podejścia do lądowania zobaczyliśmy ścianę wody, a po chwili już nic nie było widać. Trzeba było odejść na drugi krąg. Niestety, musnąłem środek burzy, samolotem trochę rzucało i było bardzo nieprzyjemnie. Do tego samolot uległ niewielkiemu uszkodzeniu od uderzenia pioruna. Ale po chwili opanowaliśmy sytuację i wszystko zakończyło się szczęśliwie.

– Często używa Pan określeń: „Opanowaliśmy”, „zrobiliśmy”.

– Lotnictwo to praca zespołowa, a nie tylko działania pilota. Każdy ma zadania do wykonania i wszystkie są bardzo ważne. Podczas wielogodzinnego lotu zdarza się wiele sytuacji, nad którymi muszą zapanować stewardesy i stewardzi. Ktoś choruje, boi się latać, ktoś za dużo wypił i obraża pasażerów... Sposób, w jaki rozwiąże problemy ta część załogi, wpływa na dalsze losy lotu. Nigdy też nie zapominam o mechanikach. Ktoś o nich powiedział, że są „szarymi korzeniami bujnych kwiatów”. Od nich bardzo wiele zależy. Co może zrobić pilot, jeśli samolot jest niesprawny? Często podkreślam, że każdy udany lot to wspólny sukces.

– 31 lipca 2016 r. pilotował Pan samolot z wyjątkowym pasażerem – papieżem Franciszkiem. Był to lot z Krakowa do Rzymu, gdy Papież wracał ze Światowych Dni Młodzieży w Polsce.

– Wspaniały, niezapomniany, wyjątkowy pod każdym względem lot. Muszę przyznać, że byłem bardzo przejęty. Gdy witałem Papieża, to słowa czytałem z kartki. Wcześniej, witając znane osoby, zawsze mówiłem swobodnie, a wtedy nie. Gdy wystartowaliśmy, postanowiłem zrobić dla Papieża coś wyjątkowego. Wiedziałem, po której stronie siedzi, i nad Krakowem zatoczyłem krąg, na niskiej wysokości – 900 m. Chciałem, żeby Ojciec święty jeszcze raz mógł zobaczyć Wawel, Błonia i Kampus Miłosierdzia w Brzegach, gdzie odprawiał Mszę św. dla młodzieży. Dla Papieża była to miła niespodzianka. Potem, po raz drugi, zrobiłem jeszcze coś niekonwencjonalnego. W trakcie lotu rozpoczęła się konferencja prasowa na pokładzie. Niestety, przedłużała się, a lecieliśmy stosunkowo szybko. Powiadomiłem kontrolerów w Austrii, że zrobię okrążenie w okolicach Grazu, żeby samolot był o 10 minut dłużej w powietrzu. Chodziło o to, żeby Papież mógł spokojnie zakończyć konferencję. Później, po wylądowaniu, w Internecie pojawiło się wiele wpisów osób z różnych krajów świata, które śledziły ten lot. Zastanawiano się, co się stało w Austrii. Jedni pisali o usterce samolotu, inni – że Papież chciał zobaczyć Alpy. A przecież nie mogłem zatrzymać samolotu w powietrzu! Po wylądowaniu Ojciec święty przyszedł do nas i nam podziękował. Potem nas pobłogosławił i się z nami pożegnał.

– Pan nigdy nie ukrywał, że jest osobą wierzącą.

– Nie miałem powodów, żeby to robić. Uważam, że nie należy przesadnie demonstrować swojej wiary, ale ukrywanie jej nie jest właściwe.

– Czy wiara pomaga Panu w lataniu? Czy modlił się Pan przed lotami?

– W czasie zawodów szybowcowych zawsze się modliłem. Mówiłem: „Panie Boże, pomóż mi. Nie chcę nikogo zawieść!”. Ta modlitwa mi pomagała.

– Panie Kapitanie, jaka będzie przyszłość lotnictwa cywilnego? Dużo się mówi o jeszcze większej komputeryzacji. Nawet Pan powtarzał anegdotę, że w przyszłości w kokpicie może się znaleźć tylko jeden człowiek i pies. Pies po to, by pilnować, żeby pilot niczego nie dotykał.

– To oczywiście żarty! Trzeba jednak przyznać, że obecnie bez komputerów koordynacja ruchu lotniczego, przy tak ogromnym zagęszczeniu samolotów w powietrzu, byłaby po prostu niemożliwa. 20 lat temu nad Atlantykiem w ciągu godziny znajdowało się ok. 500 samolotów. A dzisiaj dziesięć razy więcej! Człowiek jest i pozostanie niezbędny. To, że po starcie włączamy autopilota, nie zmienia tej sytuacji. Mamy bardzo dużo czynności do wykonania. Nie da się wszystkiego zaplanować, przewidzieć i zaprogramować. Piloci decydują np., ile zatankować paliwa, jaki powinien być ciężar samolotu, jakie uzyskiwać prędkości i co zrobić w powietrzu, gdy samolot jest za ciężki i nie powinien lądować. Decydujemy również, co robić w nagłych sytuacjach, gdy zachoruje pasażer czy nagle zmienią się warunki pogodowe.

– W 2017 r., ze względu na wiek, przeszedł Pan na emeryturę. Obecnie jest Pan prezesem Aeroklubu Polskiego. Czy Pan, mistrz lotnictwa, teraz się nie nudzi? Czy jest Pan szczęśliwym człowiekiem?

– Do wszystkiego trzeba się przygotować. Wiedziałem kilka lat temu, że ten moment nastąpi. Znając siebie, zdawałem sobie sprawę, że po przejściu na emeryturę nie mogę nagle nic nie robić. Ale też realnie patrzyłem na życie. Pewnych planów czy marzeń nie da się już zrealizować. Nie polecę np. w kosmos. Mam świadomość, że coś się kończy i powoli trzeba zacząć zwalniać. Takie jest życie. Z drugiej strony nie można się poddawać. Jestem dumny, że społeczność aeroklubowa, która liczy 7 tys. członków, wybrała mnie na swojego prezesa. Zaufali mi, uznali, że dobrze będę się zajmował Aeroklubem Polskim. Czynię to najlepiej, jak potrafię. Swoją wiedzę i doświadczenie chcę przekazać młodzieży. Inna radość jest związana z faktem, że nadal jestem potrzebny w PLL LOT. Zajmuję się pozyskiwaniem młodych pilotów i ich szkoleniem. Fundamentem mojego szczęścia jest rodzina. Mam czterech synów. Trzech wybrało lotnictwo, a czwarty, Wojtek, dochodzi do mistrzostwa w fotografii. Robi zdjęcia sportowe i ślubne w różnych krajach Europy.

– A żona?

– Żona była stewardesą. Poznaliśmy się podczas podróży wiele lat temu. Gdy urodziły się dzieci, zajmowała się ich wychowaniem. Patrząc na żonę, na dzieci i wszystko to, co mi się wydarzyło, jestem spełniony i szczęśliwy. I dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień, dziękuję Bogu za życie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: biskup nominat Franciszek Ślusarczyk zrezygnował z przyjęcia święceń

2018-12-12 17:27

tk, pgo, md / Kraków (KAI)

Biskup-nominat Franciszek Ślusarczyk, "po refleksji i modlitwie zdecydował o nieprzyjmowaniu święceń biskupich i złożył na ręce Ojca Świętego dymisję z tego urzędu" – poinformował dziś metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. 60-letni ks. Ślusarczyk Od 2014 roku jest rektorem Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

Mieczysław Pabis
Ks. prał. Franciszek Ślusarczyk

Informację o nominacji przez papieża Franciszka dwóch krakowskich biskupów pomocniczych podano 3 grudnia. Drugim obok ks. prałata Ślusarczyka duchownym mianowanym na ten urząd jest ks. Janusz Mastalski, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Ostatecznie więc tylko on przyjmie 5 stycznia 2019 święcenia biskupie.

Informując o tym abp Marek Jędraszewski dodał, powołując się na rozmowę z nuncjuszem apostolskim w Polsce, że dymisja ks. Ślusarczyka z urzędu Biskupa pomocniczego Archidiecezji Krakowskiej została przyjęta przez papieża Franciszka.

Po ogłoszeniu nominacji, 3 grudnia, biskup nominat mówił dziennikarzom, że przeżywa wielką radość, bo posługa wobec ludu Bożego zawsze wiąże się z radością dzielenia Dobrą Nowiną, która człowiekowi współczesnemu jest bardzo potrzebna. Podkreślił, że każdy kapłan jest przede wszystkim sługą Bożego Miłosierdzia.

Wskazywał też, że miejscem kapłana jest konfesjonał, ołtarz i szkoła, i wszędzie tam kapłani są przede wszystkim sługami Bożego Miłosierdzia. Przyznawał, iż ma świadomość, iż zadania, do których został powołany, przerastają go. „Nikt nie jest godzien, by je podejmować, ale nasza nadzieja jest w miłosierdziu Boga” – powiedział.

„Ta tajemnica jest mi szczególnie bliska. Pełnię posługę jako misjonarz miłosierdzia. Brama Miłosierdzia ciągle jest w Łagiewnikach otwarta. Pielgrzymi przez nią przechodzą i mogą tego miłosierdzia doświadczyć poprzez sakrament spowiedzi, posługę Słowa i ufną modlitwę w kaplicy Wieczystej Adoracji” – podsumował.

Franciszek Ślusarczyk urodził się 26 lipca 1958 roku w Dobczycach. Święcenia kapłańskie przyjął 20 maja 1984 roku z rąk kard. Franciszka Macharskiego. Przez pierwsze lata kapłaństwa posługiwał jako wikariusz najpierw w Żywcu-Zabłociu (1984-1988), a następnie w Wieliczce (1988-1989). Rok później zamieszkał w parafii w Gaju. Od 1990 r. pełnił funkcję prefekta w krakowskim Seminarium Duchownym, a w latach 1997-2002 był jego wicerektorem.

Był pracownikiem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, wieloletnim adiunktem w Katedrze Homiletyki, jest doktorem teologii.

Od 2002 r. ks. Ślusarczyk jest związany z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, a od 2014 r. jest jego kustoszem. W 2005 r. papież Benedykt XVI mianował go kapelanem Ojca Świętego. Decyzją papieża Franciszka od 2016 r. jest misjonarzem miłosierdzia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Bp Piotrowski: nie osądzono zbrodniarzy

2018-12-14 08:03

dziar / Kielce (KAI)

Dlaczego nie osądzono zbrodniarzy stanu wojennego, morderców górników, kapłanów oraz służalczych ideologów ograniczenia praw obywatelskich? – pytał bp Jan Piotrowski w homilii wygłoszonej w bazylice kieleckiej, podczas Mszy św. za ojczyznę i ofiary stanu wojennego.

Grzegorz Golec

- Gromadzimy się w roku stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Jednocześnie wspominamy dramatyczną kartę z jej historii, która przypomina o stanie wojennym. Niezwykle trudnym i pełnym pogardy czasie wobec narodu. Mijają dni, miesiące i lata i koniecznie trzeba pytać o to, czym dzisiaj jest Polska i kim są Polacy? – stawiał pytania biskup kielecki. – Serce krwawi, a rozum wciąż zadaje sobie pytanie: dlaczego nie osądzono zbrodniarzy stanu wojennego? – zastanawiał się hierarcha.

Zauważył pozytywy ostatnich lat, jednak niepełne - w kontekście nierozliczenia się z przeszłością do końca: "Mijają dni, miesiące i lata, lecz ciągle trzeba pytać o to, czym dzisiaj jest Polska i kim są Polacy. Cieszymy się tym, co jest dobre, co stanowi o dobrobycie obywateli naszego kraju i jego znaczeniu w świecie". Biskup zauważył, że niestety obecnie w polskiej rzeczywistości wciąż wiele jest „nikczemnych i pełnych jadu słów, osądów oraz intryg”.

Zacytował m.in. fragment kazania z katedry lwowskiej, które w 1904 r. powiedział św. bp Józef Sebastian Pelczar: „Skąd to dzielenie się na wrogie obozy? Skąd to poniewieranie zasłużonych ludzi? Skąd te smutne i gorszące waśnie, w których często nie idzie o dobro kraju, ale o zadowolenia miłości własnej lub o zwycięstwo swego obozu?”. - Ten sam biskup daje nam odpowiedź. Tych wad, a szczególnie niezgody pozbyć się nam trzeba jeśli chcemy naprawiać błędy przeszłości i zbudować gmach zbożny, a trwały. Niech każdy słucha słów przestrogi. Mniej blichtru i złudzeń, a więcej prawdy i rozumu – podkreślał bp Jan Piotrowski.

W Eucharystii uczestniczyli m.in. prezydent Kielc Bogdan Wenta, wojewoda Agata Wojtyszek, wicemarszałek Renata Janik, delegacje związkowe i nielicznie zebrani kielczanie.

Po Mszy św. delegacje samorządowców i związkowców składały kwiaty przed pomnikiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, obok bazyliki kieleckiej.

Prezydent Kielc Bogdan Wenta zauważył m.in., że należy mobilizować młode pokolenie do poznawania historii sprzed kilkudziesięciu zaledwie lat.

- Powinniśmy zachęcać ludzi młodych, aby czynnie włączali się w obchody między innymi tej rocznicy, aby jeszcze lepiej mogli zrozumieć historię swojego kraju - mówił.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem